Poleca:

Aweo.pl - skuteczne pozycjonowanie.



Polecane Strony:

techbaza.pl - telewizory led opinie
esej24.pl - Biuro tłumaczeń Warszawa
dreszer-adamas.pl - obsługa prawna
rol-monter.pl - verticale Poznań
edaff.pl/oferta_04.html - przedłużanie rzęs Wrocław
Zapraszamy.
A A A

Bezdenna Otchłań

 

 

 

Joseph Conrad

Lord Jim



Na Jowisza, mam wrażenie, że nic mi się nie może stać - powiedział tonem ponurego przeświadczenia. - Jeśli mi ta chryja nie dała rady, to nie ma strachu, żeby mi zabrakło czasu... na wygrzebanie się, i... - Spojrzał w górę.

Przyszło mi nagle na myśl, że to właśnie spomiędzy takich jak on rekrutuje się wielka armia włóczęgów i przybłędów; armia, która schodzi wciąż niżej i niżej do wszystkich rynsztoków świata. Z chwilą kiedy Jim opuścił mój pokój, „gdzie mógł się schronić”, zajmie swoje miejsce w szeregach i rozpocznie marsz ku bezdennej otchłani. Przynajmniej ja złudzeń nie miałem, ale nie kto inny, tylko ja właśnie byłem przed chwilą taki przeświadczony o potędze słów, a teraz bałem się odezwać - jak człowiek, który lęka się poruszyć, aby nie stracić śliskiego oparcia. Dopiero gdy usiłujemy walczyć o istotną potrzebę innego człowieka, dostrzegamy, jak niezrozumiałe, jak chwiejne i mgliste są istoty, które dzielą z nami widok gwiazd i ciepło słońca. Rzekłbyś, że samotność jest ciężkim i nieodzownym warunkiem istnienia; powłoka z ciała i krwi, na której zatrzymują się nasze oczy, rozpływa się pod wyciągniętą dłonią; pozostaje tylko kapryśny, nieukojony i nieuchwytny duch, którego nie dogoni żadne oko, nie uchwyci żadna ręka. Strach, żeby mi się Jim nie wymknął, zamknął mi usta w ciemność, nigdy sobie tego nie daruję.

- No więc, raz jeszcze panu dziękuję. Pan był - hm - niezwykle... doprawdy, nie ma słów... Niezwykle! I właściwie nie rozumiem dlaczego. Boję się, że nie jestem panu taki wdzięczny, jak by należało, ale to wszystko spadło na mnie tak nagle...

Bo w gruncie rzeczy... pan nawet... pan sam... - Zająknął się.

- Możliwe - wtrąciłem. Ściągnął brwi.

- A jednak człowiek jest odpowiedzialny. - Śledził mnie jastrzębim wzrokiem.

- To też prawda - powiedziałem.

- No więc, już się z tym uporałem i nie pozwolę sobie rzucać tego w twarz... nie - nie przepuściłbym nikomu. - Zacisnął pięści.

- Ale pan sam - powiedziałem z uśmiechem, Boże mój, dość smutnym.

Spojrzał na mnie groźnie.

- To już moja sprawa dodał. Wyraz niezłomnego postanowienia zjawił się na jego twarzy i znikł jakby czczy, przelotny cień. Po chwili wyglądał znowu jak miły, zatroskany chłopczyk. Rzucił papierosa. - Do widzenia - powiedział z nagłym pośpiechem, niby człowiek, który się zagadał, podczas gdy czeka nań pilna robota; potem zaś przez parę sekund stał bez najlżejszego ruchu. Deszcz lał z gwałtownym, nieprzerwanym impetem jak zmiatająca wszystko powódź, z rozpętaną, oszałamiającą nas wściekłością, która przywodziła na myśl zapadające się mosty, drzewa wyrwane z korzeniami; podmyte góry. Nikt nie mógłby stawić czoła olbrzymiemu, gwałtownemu naporowi wody, rzekłbyś, rozbijającej się w wirach o mętną ciszę, która była naszym niepewnym schronieniem jak wyspa. Dziurawa rynna bulgotała, krztusiła się, pluła, pluskała wstrętnie i śmiesznie niby pływak walczący o życie. - Deszcz leje - tłumaczyłem mu - a ja... Leje czy nie - zaczął szorstko, urwał i podszedł do okna. - Istny potop - mruknął po chwili; oparł czoło o szybę. - I ciemno też.

- Tak, bardzo ciemno - rzekłem.

Obrócił się na pięcie, przeszedł przez pokój i otworzył drzwi prowadzące na korytarz, zanim zdążyłem zerwać się z krzesła. - Czekaj pan - krzyknąłem - chciałem pana... - Nie mogę dziś znowu być u pana na kolacji - rzucił mi stojąc już jedną nogą za drzwiami. - Nie mam najmniejszego zamiaru pana zapraszać - zawołałem. Cofnął na to nogę zza progu, ale zatrzymał się we drzwiach podejrzliwie. Z całą powagą zacząłem mu perswadować, żeby przestał się zachowywać jak narwaniec; żeby wszedł do pokoju i zamknął drzwi.”

Rozdział siedemnasty

„Zwrócił w końcu, ale myślę, że przyczynił się do tego głównie deszcz; lał wtedy właśnie z niszczącą siłą, która uspakajała się stopniowo podczas naszej rozmowy. Jim zachowywał się bardzo trzeźwo i poprawnie; wyglądał teraz na małomównego człowieka opanowanego przez jakąś myśl. Mówiłem mu o materialnej stronie jego położenia; a moim wyłącznym celem było uratowanie go od upadku, zguby i rozpaczy, które tam, na Wschodzie, opanowują tak szybko samotnych, bezdomnych ludzi, rozumowałem logicznie, namawiając go, żeby przyjął moją pomoc, a za każdym razem, kiedy zdarzyło mi się spojrzeć na jego skupioną twarz, tak młodzieńczą i pełną powagi, ogarniało mnie niepokojące uczucie, że nie jestem pomocą a raczej przeszkadzam zranionej duszy w jakimś wysiłku.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 37 Następna »